Powstanie firmy FourIT

Zapraszam do pierwszej części z cyklu opowiadań o czwórce dzielnych przyjaciół. Kolejne cztery części będą się ukazywały co tydzień, we wtorek.

FourIT – #1 Powstanie firmy FourIT – Michal Szafranski – plik dla czytnika Amazon Kindle

FourIT – #1 Powstanie firmy FourIT – plik do innych czytników

Wiał zimny jesienny wiatr i liście szurały po chodnikach. Z zamyślenia wyrwały mnie zimne krople deszczu. Podniosłem wyżej kołnierz kurtki. Nikogo nie widziałem na ulicy, otoczonej starymi kamienicami, a i tak sznur równo zaparkowanych aut skrywał mnie przed wzrokiem mieszkańców czynszówek. Szybkim krokiem zmierzałem pod wskazany adres. Ulica wyglądała na mało uczęszczaną, oświetloną nielicznymi światłami z mieszkań.

Przystanąłem, przejechał samochód. Stary ropniak zostawił ciemną chmurę za sobą. Wszedłem do ciemnej klatki oznaczonej numerem trzy. Z jej wnętrza śmierdziało stęchlizną, zatykało dech w piersiach. Włączyłem latarkę i nikły promyk oświetlił ściany. Zszedłem do piwnicy, czerwona, pokruszona cegła nad głową obnażała prawdziwy wiek tego budynku. Zagłębiałem się w jego wnętrze, obawiając się, że nie dane mi będzie z niego wyjść.

Na domiar złego, latarka mrugnęła dwa razy na znak, że baterie są na wyczerpaniu. Jeszcze tego brakowało, żebym został bez światła w tej ciemnej piwnicy.

Usłyszałem szelest.

— Czy ktoś tam jest? — nikt nie odpowiedział — Karina to ty?

Szelest się powtórzył, ze strachu ciarki przeszły mi po plecach, zęby dzwoniły bezradnie na alarm. Latarka zamrugała drugi raz.

— Karina, nie wygłupiaj się, wiem, że to ty! — znów odpowiedziała mi tylko cisza.

— Dobra, ja spadam stąd, na razie! — powiedziałem głośno, dodając sobie tym otuchy.

Latarka zgasła a ja trzęsącymi się rękami nie mogłem znaleźć telefonu. Obróciłem się w kierunku wyjścia. Za sobą usłyszałem szmer i zbliżające się do mnie kroki. Chciałem biec, ale stałem w miejscu sparaliżowany, ktoś chwycił mnie za ramię, zakręciło mi się w głowie.

— Buuu!! — krzyknął napastnik i walnął mnie w plecy — Co tak krzyczysz Mathi? Słychać cię w całej piwnicy, a my tu chcemy pozostać niezauważeni. Cholera, ale masz minę, jakbyś ducha zobaczył. Mathi, to ja, Karina.

Dopiero po chwili złapałem oddech, a serce waliło mi jak młotem o kowadło, tętno miałem ponad dwieście i chyba popuściłem co nieco. Po niej mogłem się wszystkiego spodziewać, ale żeby zrobić mi taki głupi kawał, zwłaszcza że znała mnie doskonale i wiedziała, jak się boję ciemności, pająków, szczurów, starych podziemi i w ogóle wszystkiego, co przedstawiała sobą piwnica, w której się spotkaliśmy.

— Zgłupiałaś dokumentnie? Mało nie umarłem ze strachu! — nie zważając, że mamy być cicho, rozpocząłem tyradę — Czy ci odbiło? Ściągasz mnie po ciemnicy w jakieś podejrzane okolice do tych mokrych lochów! Co tu tak śmierdzi przeraźliwie, ktoś tu schował nieboszczyka?

Widząc uśmiechniętą twarz Kariny, trochę się uspokoiłem. Jak zawsze wyglądała prześlicznie, jej błękitne oczy koiły moje nerwy. Ciemne włosy upięte z tyłu odsłaniały długą szyję. Białe ząbki świeciły w świetle jej latarki.

— Ciiii, nie krzycz już, nie mogłam się oprzeć, musiałam cię wystraszyć.

— Nie odzywaj się do mnie, nie gadam z tobą.

— Oj tam, nie gniewaj się już, chodź, coś ci pokarzę.

— Po co miałem tu przyjść, co to za rudera? Co ty znów wymyśliłaś? — już wiedziałem, że znów coś kombinuje, żeby zarobić jakąś dodatkową kasę. A ja naiwny, jak zwykle dam się wciągnąć w jej szalone pomysły.

— No chodź, zobaczysz sam — pociągnęła mnie w głąb mokrej piwnicy.

Kopalnia

Piwnice w budynku wyglądały na zbudowane w dziewiętnastym wieku i od tej pory nieremontowane. Jak w kazamatach, sklepienie łukowate, czerwone mokre cegły i co kilka metrów drzwi na boki, sprawiające wrażenie wejść do cel więziennych.

Podeszliśmy do stalowych drzwi i Karina zastukała pięścią. Usłyszałem trzask otwieranego zamka i bezgłośnie otworzyłem ciężkie drzwi. Ze środka oślepiło mnie jasne światło. Wszedłem po omacku do jasnego pomieszczenia, ale po chwili oczy przyzwyczaiły się do blasku żarówki zwisającej z sufitu.

W środku stała stara lodówka, zbity z desek stolik przy nim cztery taborety, na których siedziały dwie osoby, szczerzące swe zęby w uśmiechu.

— Cześć Mathi, co żeś się tak wydzierał na korytarzu, jak panienka? Mało ze śmiechu nie padłem tutaj. Nie narobiłeś w gacie? — zaśmiewał się osobnik o posturze gladiatora. Był to oczywiście Gerard, chłopak Kariny, nieodstępujący jej na krok. Nazywałem go w myślach dryblasem, bo jego postura atlety górowała nad nami wszystkimi. Zresztą był atletą, a raczej trójboistą i pracował jako trener personalny dla zamożnych klientów.

— Cześć Gerard, cześć Robocik — zwróciłem się do drugiego chłopaka, małego, pryszczatego rudzielca, na imię miał Robert a swoją ksywkę zawdzięcza swoim zainteresowaniom. Konstruuje wszelkiego rodzaju mechanizmy elektroniczne, a w jego mieszkaniu występuje największe zagęszczenie robotów na metr kwadratowy na ziemi. Potrafi również skonstruować lub naprawić wszelki sprzęt elektroniczny czym zajmuje się teraz zawodowo. Czasami piszę oprogramowanie do jego automatów i wdrażam sztuczną inteligencją do ich działania.

W czwórkę tworzyliśmy nierozłączną paczkę, trzymającą się razem, od kiedy wszyscy przyjechaliśmy do Warszawy na studia. Z Robocikiem studiowałem na tym samym roku politechniki. Natomiast Kariną znam od zawsze, urodziliśmy się w tym samym roku i mieszkaliśmy obok siebie w Sierpcu, małym mieście niedaleko Płocka.

— Co to za piwnica? I co w niej robicie? — pytająco spojrzałem na Karinę, bo wiedziałem, że to jej sprawka.

— Wiesz co jest największym kosztem kopania Bitcoina? — raczej stwierdziła, niż zapytała.

— Prąd.

— No właśnie, dlatego przeniosłam tutaj swoją kopalnię — wskazała na kąt, w którym stała stara lodówka, wyprodukowana jeszcze w ZSRR, o czym świadczył napis Минск (Mińsk).

— Jak to…?

— No tak, ta rudera nadaje się do rozbiórki i nikt już tutaj nie mieszka. Prąd jest cały czas podłączony, więc z niego korzystam. Nikt się tutaj nie kręci, a jeśli już to Robocik zamontował system odstraszający intruzów — tym razem wskazała na drzwi.

— Robocik!? Podłączyłeś drzwi do prądu? — imponowały mi jego rozwiązania, nie zawsze mądre, ale skuteczne — A jak kogoś prąd walnie?

— No nie no, spokojnie, może tylko trochę popieści — jak zwykle flegmatycznie, beznamiętnie odpowiedział Robocik.

— A gdzie macie tę kopalnię?

— No tu — Karina ponownie wskazała lodówkę — To jest kamuflaż… Robocik wstawił tam twoje komputery, zabezpieczył wszystko przed wilgocią i brakiem prądu. Jest tam też mała klimatyzacja…

Otworzyłem drzwi lodówki i faktycznie zobaczyłem rzędy równo ułożonych kart graficznych Radeon, podpiętych po kilka do płyt głównych MSI i ułożonych na specjalnych stelażach.

— No ładnie, jak ty to zmieściłeś do tej lodówki? Zasilanie, chłodzenie… Robocik jesteś geniuszem.

— Nie było łatwo — powoli zaczął — musiałem podciągnąć internet, potem było już z górki… jeszcze tylko podłącze awaryjne zasilanie i już, finito.

— Chłopaki, nie przyszliście tutaj gadać o tych waszych zabawkach — bez pardonu przerwała Karina — Bitcoiny się kopią, kasa leci, ale mała. Po pierwsze Mathi, prośba do Ciebie, zmień coś w sofcie, bo teraz chciałabym kopać ethereum zamiast bitcoina, który przestał się opłacać. Po drugie, to… wiecie, że jesteście moimi najlepszymi przyjaciółmi, tak?

Zrobiła poważną minę, uśmiech ustąpił miejsca smutkowi. Zrobiłbym wszystko, żeby się zawsze uśmiechała, nie mogłem znieść jej smutnej miny. Znałem jej rodzinę, dorastałem z nią i wiem, ile się wycierpiała w swoim życiu. Nigdy nie dawała po sobie poznać, że się martwi czy smuci, była naprawdę silną kobietą.

— Znacie sytuację mojej rodziny — kontynuowała — wiecie, że się im nie przelewa. A teraz mam jeszcze jeden problem, mój ojciec…

Przeszła w ciemny kąt piwnicy, nie chcąc dać po sobie poznać, ile wysiłku kosztuje ją ta rozmowa.

— Mój ojciec musi mieć operację na kolano, inaczej nie będzie mógł chodzić.

— To niech idzie do szpitala i tam mu ją zrobią — bez empatii stwierdził Gerard.

— Czy ty wiesz, ile się czeka na endoprotezę stawu kolanowego!?

— Nie.

— Minimum trzy lata! — usiadła na taborecie.

— Tak? Do tej pory ten twój tatuś wyzionie ducha — Gerard nie wykazał się taktem.

Faktycznie tata Kariny był tyranem i nikt kto go znał, nie pałał do niego sympatią. Był zawodowym żołnierzem, który zawsze chciał mieć synów. Był również bokserem i to on zmuszał córkę do codziennych treningów karate i innych sztuk walki. Może dzięki temu Karina została wicemistrzynią Polski karate, reprezentantką kadry polski kick-boxingu kobiet i pewną siebie, silną kobietą, ale na pewno nie zaznała ojcowskiej miłości, na jaką zasługuje każde dziecko.

— Karina, jak możemy Ci pomóc? — przerwałem ciszę

— Potrzebuję pieniędzy na operację, w prywatnej klinice kosztuje ponad dwanaście tysięcy…

— Nie ma problemu, ja Ci pożyczę kasę, oddasz mi, jak będziesz miała.

Zerwała się z siedzenia, aż taboret się wywrócił:

— Nie! Nie potrzebuję kasy z łaski. Nie po to Was tutaj zwołałam, żeby pożyczać pieniądze. Ja te pieniądze sama muszę zdobyć… jak najszybciej…

— Ale nie wygłupiaj się, dla mnie to nie problem, przecież wiesz, że dla Ciebie wszystko…

Spuściłem wzrok pod jej piorunującym spojrzeniem. Już wiedziałem, że nic nie da moje tłumaczenie. Karina miała plan, którego nie da się jej wyperswadować. I tak postawi na swoim, jak zawsze. Kochałem silne kobiety.

— Mathi, ja wiem, że dużo zarabiasz. Jednak to są twoje pieniądze, a ja muszę sama zarobić na swoją rodzinę. — Dała mi przyjacielskiego kuksańca w ramię. — Robocik, jakiś czas temu mówiłeś, że na giełdzie komputerowej kręci się facet szukający ludzi do różnych prac komputerowych — spojrzała na Roberta, a potem na mnie — chłopaki będziecie mi potrzebni… ja będę gadać z facetem, a Wy jako świetni fachowcy i dobrzy koledzy pomożecie mi wykonać robotę, ok?

Robocik wzruszył ramionami, co oznaczało, że się zgadza. Ja nigdy nie odmówiłem Karinie, kiedy mnie prosiła i też wzruszyłem ramionami na znak zgody.

— Będziemy jak czterej muszkieterowie, tylko od spraw komputerów. Możemy się nawet nazwać „Four IT”, zgoda? — wymyślił Robocik.

Teraz wszyscy wzruszyli ramionami na znak zgody.

— A ja co będę robił? — rozłożył ręce Gerard.

— Ty kochanie będziesz moim ochroniarzem, już samym swoim wyglądem odganiasz ode mnie chłopaków.

Zaśmialiśmy się, bo każdy z nas wiedział, że ta dziewczyna nie potrzebowała żadnego ochroniarza. Bez problemu mogła pokonać większość mężczyzn dowolnej postury, już jej tatuś o to zadbał.

Michał Szafrański
Programista - Architekt - Projektant Oprogramowania. Zainteresowania: Cloud Computing - Architectural Design Patterns - Google Cloud Platform. Miłośnik sprzętu i oprogramowania firmy Apple.